Liczby
Wybiegane 15.000 zł dla Jakuba Piśmennego
Liczba km – 850
Liczba dni – 20- 10 lipca – 30 lipca 2012r.
Średnio 42.5 km

Będzie długo, ponieważ ta bajka trochę już trwa, a co najlepsze – nie ma zakończenia, bo po prostu warto.
Warto żyć dla takich chwil, warto marzyć, a potem te marzenia gonić… nawet jeśli miałoby to się odbywać przez całą RP 🙂
Niedawno trafiłem na wiersz Jonasza Kofty – czytam już każdemu kogo spotkam, więc wrzucę kawałek:
„…W chmurnej, pustej godzinie
Na swój los się odważyć
Nim Twe szczęście  Cię minie
Trzeba marzyć!…”
My się po prostu odważyliśmy!

A co to było za zakończenie!

Bardzo dziękujemy miastu Hel za iście królewskie powitanie 🙂
Tuż przed miastem wielki szpaler utworzyła setka karateków i okrzykami przywitała naszą dwójkę. Po raz pierwszy poczułem jak związało mi gardło, a do oczu napłynęły łzy szczęścia (po raz pierwszy i nie ostatni, bo takich momentów było więcej)!
Tą najliczniejszą jak dotąd grupą pobiegliśmy w stronę fokarium, gdzie czekało na nas całe miasto. Korowód prowadziła policja na sygnale, a ludzie machali i witali gromkimi brawami.W pewnym momencie zobaczyłem moich przyjaciół z uczelni, którzy już na początku poczęstowali mnie i moje ciuchy szampanem 😉 jak wspaniale! Przyjechali świętować razem ze mną! Potem wszystko już działo się bardzo szybko – scena, podziękowania, pokazy karateków, koncerty, krótkie wywiady, gratulacje i niezapomniana przejażdżka łodzią. Były też procenciki – szampanik, coś mocniejszego :), ale w końcu było co świętować!

Piękny zachód słońca. Pamiętam taki moment (wprost proporcjonalnie do upływającego czasu  pamiętałem ich coraz mniej :p) – jak odwróciłem się w stronę słońca, które delikatnie raziło mnie w oczy, a na twarzy czułem lekki powiew morskiej bryzy.
Przechyliłem butelkę szampana – był pyszny – miał smak zwycięstwa, ale też smak trudu i zmęczenia.
Pomyślałem o 1,5 roku pracy jaką wykonaliśmy, by się tutaj znaleźć, o nieprzespanych nocach, o kontuzjach, ale wszystko to wydało się takie banalne w porównaniu z tą chwilą.
Z kieszeni wyjąłem kamyk, który przebył ze mną całą drogę i cisnąłem go w wodę, symbolicznie kończąc Highway to Hel!

W 20 lipcowych dni przebiegliśmy 850km! Bieg to niewątpliwy sukces – medialny, sportowy, organizacyjny, a przede wszystkim udało się pomóc Kubie. ZEBRALIŚMY około 14.000 zł !!! To blisko 3 razy więcej niż poprzednio! Teraz cała Polska wie, że jest ktoś taki jak Cancer Killer – ma się dobrze i nie składa broni! I tak trzymać Kuba!
I jak to w bajce, na koniec powinien być morał, ale to jeszcze nie jest meta.
Wychodząc teraz na rozbiegania w głowie mam jeden obraz – widzę mapę Polski i grubą czerwoną linię biegnącą wzdłuż granicy! Chcemy przebiec Polskę dookoła, zwiększając dzienny kilometraż, żeby nie zajęło to nam całego roku 🙂
Nie możemy się zatrzymać ! Już w trakcie trwania akcji zacząłem za nią tęsknić. Po pokonaniu kolejnej bariery przed nami rozciąga się horyzont możliwości i celów, które chcemy osiągnąć.

A ten bieg nauczył nas i udowodnił jak potężny może być człowiek. Wystarczy tylko chcieć! Masz marzenie, plan – wstajesz rano z myślą, że możesz go osiągnąć i walczysz, czasem do upadłego.
Biegiem przez świat to było malutkie ziarenko pomysłu, który zrodził się w mojej głowie. Nikt, absolutnie nikt o niej nie wiedział. A przez 1,5 roku „podlewania’’ wyrosła z niego już spora roślina. Teraz dostaje wiele smsów czy maili, że tą akcją inspirujemy, wywołujemy uśmiech i przywracamy wiarę w ludzi. Zaangażowało się w to mnóstwo osób, co trochę przerosło moje początkowe oczekiwania.
Codziennie do głowy przychodzą nam pomysły, marzenia, ale nie dajemy im szansy. Wykręcamy się:
– „Nie mam czasu” – a marnujesz go przed telewizorem lub komputerem czy śpiąc do południa.
– „Przecież ja nie dam rady, to niemożliwe” – a w kogo zamierzasz wierzyć, jeśli nie w siebie?
I tak za każdym razem pomysły kończą się już na starcie! Chcielibyśmy od razu być mistrzami w każdej konkurencji, strach zacząć, bo trudno narażać się na pośmiewisko, a na początku nie zawsze wychodzi. Ja zaczynałem od kilku kilometrów dziennie – nabijali się ze mnie, że biegam wokół betonowego boiska „jak pojebek”. Chociaż spróbujmy, sparzmy się na gorącym zamiast dmuchać na zimne.

Zazwyczaj jest tak –  stoimy przed drzwiami z napisem szczęście i niepotrzebnie szukamy kluczy czy wytrychów – główkujemy jakby tu je otworzyć. Tu nie pasuje, tu nie jestem pewien, tu muszę przemyśleć. A gdy w końcu się uda to uchylamy te drzwi lekko, najpierw spokojnie zaglądając do środka w obawie, co jest po drugiej stronie.
A są ludzie, którzy po prostu podchodzą, bez zastanowienia łapią za klamkę, otwierają je na oścież i czerpią ile się da, bo okazuje się to takie proste. I oni są szczęśliwi.
Sami więc wybierzcie i odważcie się na swój los.
Ja wybrałem – i śmigam na trening!

Bajkę opowiadał 
Karol Dzieciątko 
Biegiem przez świat!